[ Pobierz całość w formacie PDF ]

i ja możemy stąd uciec. Razem. Na zewnątrz jest cały świat, świat, który możemy poznać. I
dom, który czeka na nas w Londynie.
Przyglądał się jej badawczo. Czuła, że traci siły, że chciałaby choćby przez chwilę mu
uwierzyć, ale w końcu wyrwała swoją dłoń. Nie mogła go słuchać. Nie powinna go słuchać.
Przecież każdy akapit Hańby nadmiaru zadawał kłam jego słowom. Szczegółowo wyjaśniał w
rozwlekłych, zawiłych zdaniach, dlaczego Peter się mylił.
- Nie chcę jechać do Londynu. Poza tym i tak gadasz bzdury - powiedziała żarliwie. -
Moi rodzice mnie nie kochają. Gdyby kochali, to nigdy bym się nie urodziła. A pani Pincent
kazała mi się tobą zaopiekować, więc nie wiem, dlaczego jej tak nienawidzisz. Bije cię
wyłącznie dla twojego dobra, żebyś mógł zrozumieć prawdę. - Poczuła, że jej głos drży z
emocji. Spróbowała więc się opanować, z irytacją przetarła oczy. - Szkoda, że pani Pincent
nie wyznaczyła kogoś innego, żeby się tobą zajął - dodała w końcu miękko i cicho. -
Chciałabym, żebyś zostawił mnie w spokoju.
Peter patrzył na nią, mrużąc oczy.
- Chyba tak nie myślisz, Anno Covey. Ale jeżeli naprawdę tego chcesz, to zostawię
cię w spokoju - odparł poważnie. - Jednak nie masz racji, mówiąc o swoich rodzicach. I o
Grange Hall, i o pani Pincent. Chcę się stąd jakoś wydostać, a ty musisz uciec ze mną. Tu nie
jest bezpiecznie.
Anna wstała i popatrzyła na niego z pogardą.
- Oczywiście, że tu jest bezpiecznie! Lepiej zostać tutaj niż uciekać na Zewnątrz.
Wyślą za tobą łapaczy i umieszczą cię w obozie pracy przymusowej. Ciągle ci się zdaje, że
jesteś lepszy niż inne nadmiary i że zasady cię nie obowiązują. A to nieprawda! I mam dosyć
tego gadania o moich rodzicach. Nie chcę już tego słuchać. I nie myśl, że będę cię dłużej
pilnować.
Chłopak wzruszył ramionami, ale wyraz jego ciemnych oczu nie był już tak
nonszalancki. Patrzył na Annę przenikliwie, a ona niespokojnie przestępowała z nogi na nogę.
- Dobrze, twoja sprawa - powiedział wreszcie sucho. - Zostań tutaj i zmień się w
usłużną pokojóweczkę. Pozwól pani Pincent i wszystkim innym mówić ci, co masz robić i co
myśleć. A raczej czego nie myśleć. Zobaczysz, czy mnie to będzie obchodziło. Kurczę, dałem
się złapać tylko po to, żeby cię odnalezć i zwrócić rodzicom. Ale okej, nie przejmuj się.
Jestem pewien, że będziesz tu bardzo szczęśliwa, Anno Covey.
- Nie mów tak do mnie! - wrzasnęła dziewczyna i przycisnęła dłonie do uszu. - Nie
prosiłam cię, żebyś tu przyjeżdżał...
- Nie, nie prosiłaś, masz rację - odparł powoli Peter. Odwrócił się i skrzyżował
ramiona w obronnym geście. - Wiesz, namierzenie cię w Grange Hall nie było łatwe. I
wiedziałem, że nie będzie tu przyjemnie. Ale nigdy nie sądziłem, że sprawisz takie problemy.
Myślałem, że się ucieszysz z mojego przybycia.
- Cieszę się - przyznała Anna szybko, zdziwiona własnymi słowami. Przysiadła obok.
- Ale zupełnie nie masz racji. Tu będzie ci lepiej, naprawdę. Czy nie możesz być moim
przyjacielem i tu zostać?
Peter pokręcił głową, więc dziewczyna przewróciła oczami z irytacji.
- Słuchaj, mogę mieć kłopoty tylko dlatego, że ci o tym mówię. Pani Pincent
najwyrazniej już cię polubiła. Możesz tu zostać, mieć spokój, nie musisz spędzać całego życia
w ukryciu.
- Zapewniam cię, że przełożona wcale mnie nie lubi - odparł z przekąsem. - Nie lubi
nikogo z nas. Ktoś, kto potrafi bić tak jak ona, nie jest zdolny do takiego uczucia.
Anna spuściła głowę. Podejrzewała, że to może być prawda.
- Nie bije, jeśli nie łamiesz zasad - odparła cicho.
- Ty rzeczywiście dałaś się nabrać na te jej bzdury, prawda? - Peter aż westchnął. -
Wierzysz we wszystko, czym cię karmi ta baba. A ja nie! Anno, mamy takie samo prawo być
na tej planecie, jak wszystkie panie Pincent. Nawet większe prawo. To one nadużyły
gościnności Ziemi i żyją wiecznie, a zrzucają winę na nas!
Oczy mu błyszczały. Dziewczyna spojrzała na niego z przerażeniem. To, co
powiedział, było bluznierstwem. Gdyby ktoś go usłyszał, Peter naraziłby się na chłostę. Ona
także - za samo słuchanie.
- Zrozum... Uciekam stąd, a jeżeli nie zamierzasz pójść ze mną, to już twoja sprawa.
Nie będę czekał wiecznie. Musisz podjąć decyzję, Anno Covey. Musisz zdecydować, czy
chcesz żyć jak niewolnik czy nie.
Anna popatrzyła na Petera i wstała. Poczuła, że trzęsą jej się nogi. Jak on śmiał
mówić, że była niewolnikiem? Położyła dłoń na stole, żeby się uspokoić, wzięła głęboki
oddech i zmusiła się do spojrzenia chłopakowi prosto w oczy.
- Już podjęłam decyzję - syknęła. - To ty wierzysz w bzdury, Peter. Jestem prefektem.
Prefektem! Za sześć miesięcy stanę się wartościowym zasobem. Możesz zrujnować swoje
życie, ale nie zrobisz tego z moim. Próbuj uciec, jeśli tego pragniesz, ale ja nie chcę mieć z
tym nic wspólnego. I z tobą też nie chcę mieć nic wspólnego!
Kiedy to z siebie wyrzuciła, odwróciła się i wyszła. Zostawiła Petera samego w
wielkiej sali stołówki. Jak automat przemierzyła zadaszony dziedziniec, który oddzielał
stołówkę od głównego budynku, a potem nieco szybciej ruszyła w kierunku schodów.
Dopiero gdy dotarła na drugie piętro, zdała sobie sprawę, dokąd zmierza. Wkrótce zaczęła
biec do łazienki żeńskiej numer 2. Kiedy już się tam znalazła, upewniła się, że pomieszczenie
jest puste, i zamknęła za sobą drzwi. W końcu pozwoliła, żeby łzy popłynęły ciurkiem z jej
oczu. Padła na podłogę i zaczęła rozpaczliwie szlochać. [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • nadbugiem.xlx.pl
  • img
    \